Młodzi lekarze

Nie popadaj w trzęsionkę na widok młodego lekarza podążającego do sali operacyjnej. On cały czas się uczy, ale tak w rzeczywistości jest po to, żeby pomóc. I pomaga, co potwierdzają różne informacje.

Pewnego popołudnia w klinice, żona pacjenta zatrzymała mnie na korytarzu. Właśnie skończyłam opisywać jej i mężowi operację, uzyskałam jego zgodę i odpowiedzi na ich pytania, ale nie byłam zaskoczona, że kobieta nadal się niepokoi. Mimo beztroskiego uśmiechu i zaraźliwego, gardłowego śmiechu, w trakcie wizyty można było u niej dostrzec niepokój – drżące kąciki ust i ręce, wędrujące od włosów do twarzy, do książki i znów do włosów.

Już otwierała usta, żeby się odezwać, ale nagle się powstrzymała, bo przechodził jeden ze szkolących się lekarzy-rezydentów. Gdy stażysta znalazł się oprócz zasięgiem słuchu, odchrząknęła. - Proszę nie wpuszczać żadnych studentów do sali operacyjnej – powiedziała, patrząc w stronę, gdzie stał rezydent. - To nie to, że nie lubię tych młodych lekarzy. Ja zwyczajnie nie chcę, ażeby ktoś szkolił się na moim mężu.

Najczęściej słyszę taką prośbę odnoszącą się do lekarzy w trakcie szkolenia, zarówno stażystów tuż po studiach, jak i rezydentów, którzy szkolenie już kończą. Ale przenigdy nie wypracowałam odpowiedniej reakcji. Częściowo rozumiem te obawy. Jakkolwiek utalentowani i dobrzy mogliby być rezydenci, prawdą jest, że nadal uczą się operować. Jednocześnie mam świadomość, że jestem lekarzem, ponieważ kiedyś inni pacjenci pozwolili mi uczestniczyć w operacjach i opiece nad nimi.